Rozmowa z Jerzym Kulejem

Mistrzem Olimpijskim w boksie

Zbigniew Łowicki


Zbigniew Łowicki:

Prawie 400 walk na ringu, tylko 25 porażek. Czy to właśnie taka statystyka „sportowca-zwycięzcy” sprawia, że po upływie wielu lat od momentu zakończenia czynnej kariery sportowej, dziś trudno znaleźć dziedzinę naszego życia, w której nie znajdujemy Pana osoby. Jest Pan:

Jerzy Kulej:

Jeśli ktoś jest tak mocno „skaleczony” sportem w najlepszym wydaniu jakie stało się moim udziałem, i ta „rana” nie chce się zabliźnić do dziś to tak musi być, że będę zawsze tam, gdzie jest sport. Sport nadał mojemu życiu kierunek. Wszystko traktuję jako rywalizację. Nie zawsze jest to dobrze odbierane. Ja bez zahamowań każdemu zwracam uwagę, gdy widzę, że postępuje źle. Uprawianie sportu na poziomie jaki miałem szczęście reprezentować, zakończenie czynnej kariery sportowej, osiągnięcie jakiejś mety sportowej sprawiło, że zdarzyło mi się w życiu kilka „zakrętów”. Z tego wszystkiego musiałem wyjść i wyszedłem „poślizgiem kontrolowanym”. To pewnie upoważnia mnie dziś do szczególnie ostrego widzenia zła wokół siebie. Nie zawsze było łatwo, czasem miałem ochotę zrezygnować (tak było z moimi staraniami o zaistnienie boksu zawodowego w Polsce). Na ringu nigdy nie byłem znokautowany. Przenoszę to na swoje życie. Upór, wsparcie mądrego człowieka (trener Feliks Stamm), rywalizacja czysta – apolityczna; to wszystko realizuję w obecnym życiu jako działacz sportowy. Żyją we mnie wartości i ideały, które kiedyś zaszczepił we mnie „Papa” Stamm. Zadano nam kiedyś prowokacyjne pytanie: „Czy polscy bokserzy muszą przegrywać z bokserami Związku Radzieckiego?” Bzdura – dzięki temu, czego nauczył nas nasz trener, myśmy wygrywali....Nauczono nas, że nigdy nie uzyskamy czystej wielkiej formy sportowej w sposób nie sportowy. To zostało do dziś.

ZŁ:

Dlaczego boks zawodowy, a nie amatorski? Czy to komercjalizowanie sportu nie kłóci się z pańskimi osiągnięciami jako sportowca amatorskiego (jedyny bokser z dwoma olimpijskimi medalami, 3-krotny medalista mistrzostw Europy, 8-krotny amatorski mistrz Polski)?

JK:

Zawodowy sport jest w pewnym momencie konsekwencją sportu amatorskiego. Mieliśmy wiele propozycji z zagranicy przejścia na zawodowstwo. Już po Olimpiadzie w Tokio Feliks Stamm obiecywał nam organizację boksu zawodowego w Polsce. Ale były to takie czasy, że pomimo, że był on trenerem wszechczasów, że był wspaniałą postacią w świecie trenerskim – nie był w stanie pewnych barier pokonać. Dziś ja kontynuuję jego dzieło. W tamtych czasach sport amatorski był wizytówką naszego kraju. Nakłady na sport były ogromne. Dbano o nas bardzo. Mieliśmy wspaniałe ośrodki sportowe, stypendia olimpijskie, opieka medyczna itp. Moje ówczesne miesięczne dochody były porównywalne z pensją ministerialną. Mieliśmy mieszkania. Irena Szewińska i ja otrzymaliśmy wówczas z „puli rządowej” od Premiera Cyrankiewicza za osiągnięcia sportowe przydział na samochód. Pamiętam był to Volkswagen 1200. Te czasy pewnie bardziej pamiętają rodzice naszych czytelników. W takiej sytuacji nikomu nie przyszło do głowy zachować się niegodnie wobec naszego kraju. Nie znam boksera, który by zdradził, który by uciekł.

ZŁ:

A Dariusz Michalczewski?

JK:

Michalczewski poczuł w pewnym momencie szansę do wykorzystania. Gdybym ja taką szansę kiedyś wykorzystał również byłbym jakimś bohaterem boksu zawodowego. Po Igrzyskach w Tokio mogłem zmienić swe życie. Chodził za mną pewien facet z Anglii z czekiem na 20000 funtów. Wtedy samochód marki Rover kosztował niecałe 2000 funtów. Trener Stamm powiedział mi wtedy „Jurek, decyzja należy do ciebie, możesz uciekać” . Wykorzystałem w pewnym momencie zaproszenie do Irlandii. Chciałem zobaczyć. Obejrzałem kilka nocnych lokali w Dublinie, kilka strip-teasów. W kraju w owym czasie było to mało dostępne. Rozejrzałem się. Podziękowałem za zaproszenie. I wróciłem. Takich pokus wtedy było wiele. Najróżniejsze intratne propozycje miał też „Papa” Stamm. Był przecież wielka postacią w boksie w tamtych czasach.

ZŁ:

Czy boks to drogi sport, czy dużo się w nim zarabia? Po olimpiadzie w Tokio zainkasował Pan 30 dolarów, a po Meksyku - 70? A dziś?

JK:

Rzeczywiście, dziś ma to inny wymiar. Dziś początkujący bokser za jedną walkę otrzymuje około 2000 marek niemieckich. Jeśli stoczy kilka walk w miesiącu, to pewnie zacznie mówić, „ mój zawód – to bokser”. Uważam, że zarówno w boksie zawodowym, jak i w każdej innej dyscyplinie sportu zawodowego należy doprowadzić do sytuacji, w której sportowcy zawodowi będą mogli zapisać w ankietach personalnych „zawód- bokser”, „zawód-lekkoatleta”, „zawód-tancerz sportowy” itd. Aby każdy z nich mógł posiadać ubezpieczenie, aby odprowadził podatek od swoich dochodów.

ZŁ:

Tak powinno być w sporcie zawodowym. A jak ma to wyglądać w sporcie amatorskim, którego upowszechnianie leży w sferze Pana zainteresowań?

JK:

Tak, w sporcie zawodowym jest taka sytuacja, że nie da się tu nic „ukręcić”. Jest podpisany kontrakt, z którego trzeba się wywiązać, od którego trzeba odprowadzić określone pieniądze. Boks i cały sport zawodowy jest bardziej czysty od sportu amatorskiego. Tu nie ma mowy o „machlojkach”. Tu nie ma mowy o ustawianiu drużyny. Nie ma zasilania drużyny „obcym kapitałem”. Popatrzmy na taką sytuację: „Przychodzi trzech bokserów ukraińskich. Bywa, że są lepsi od naszych sportowców. Zarobki u nas są dla nich ogromne. Oni nic nie wnoszą do naszego sportu amatorskiego. Pozostawiają po sobie dziurę. Taki sportowiec ze wschodu przychodząc do nas eliminuje któregoś z naszych sportowców, bierze określone pieniądze i odchodzi pozostawiając po sobie lukę, tak jak wyrwany z korzeniami krzak. To miejsce trzeba na nowo zagospodarować, użyźnić. Taka jest specyfika sytuacji w sportach indywidualnych. Co innego sporty zbiorowe. Bierze się faceta, który jest atrakcją, sportowca, który strzela bramki, rzuca kosze,...gra dla drużyny. Ta fatalna sytuacja jest szczególnie widoczna w boksie amatorskim. Liga boksu amatorskiego w Polsce „pada”. Właśnie poprzez zasilanie zawodnikami ze wschodu.

To powinien być klub, który ma pięciu zawodników, i może mieć trzech mistrzów Polski. Często boks(sport) amatorski, to jest „kuglarstwo”. Tu się ustawia, tego się wymienia, temu się daje walkower, ten turniej się omija..... itp

ZŁ:

Jerzy Kulej znajduje także czas na uprawianie surfingu, nurkowania, nart wodnych, pływania, piłki nożnej, koszykówki, siatkówki; zimą: narty, saneczkarstwo. Nie ma dyscypliny sportu, której nie spróbowałby Pan w swoim aktywnym życiu. Czy znajduje Pan także czas na taniec?

JK:

Turnieje tańca towarzyskiego oglądam zawsze, gdy tylko mam okazję w telewizji, bądź na żywo, ale jest to sport mało popularyzowany w mediach. Taniec towarzyski jest czymś, co od lat sprawia mi olbrzymią przyjemność. Już gdy byłem studentem Akademii Wychowania Fizycznego, taniec mieliśmy wśród obowiązkowych przedmiotów. Radziłem sobie naprawdę nieźle. Do dziś pamiętam wiele figur i kroków z różnych rodzajów tańca. Dziś jako dojrzały facet, nigdy nie omijam parkietu tanecznego. Jako bokser też musiałem tańczyć.

ZŁ:

???

JK:

Taniec wprowadził nam „Papa” Stamm, jako obowiązkowy element szkolenia i przygotowań olimpijskich. Praca nóg w technice bokserskiej jest jednym z najważniejszych elementów. Pamiętam, jak bardzo często po forsownych wycieczkach, marszach szlakami górskimi Feliks Stamm aranżował dla nas „potańcówki” Nie bardzo wtedy rozumieliśmy celu tych -jak nam się początkowo wydawało- zabaw. Pamiętam do dziś ile potu wylaliśmy na parkiet schroniska w Dolinie Chochołowskiej. Potem na ringu przyszło mi przekonać się ile dała mi nauka tańca i praca nóg. W sytuacji walki bokserskiej zdarzało mi się, że umiejętność wykonania pewnych szybkich kroków tanecznych pozwoliła mi na trzykrotne „doskoczenie” do przeciwnika, gdzie normalnie można raz. Dzięki temu, jak nie za pierwszym, to za drugim, bądź trzecim razem musiałem trafić przeciwnika.

ZŁ:

Czy taniec towarzyski bez wahania zaliczyłby Pan do dyscyplin sportowych?

JK:

Na pewno tak. Poza tym, skoro istnieje Polski Związek Tańca Sportowego, to jest to sport. Współczuję tylko tancerzom polskim, że nie uprawiają dyscypliny sportu zaliczanego do sportów olimpijskich. Wielokrotnie rozmawiałem z moimi przyjaciółmi, kolegami ze studiów, będących dziś szefami różnych związków sportowych na ten temat; Janusz Wachowiak (Polski Związek Łyżwiarstwa Figurowego), Kazimierz Kowalczyk (Łyżwiarstwo szybkie). Jesteśmy zgodni: Taniec sportowy jest trudną dyscypliną sportową. Nosi wszelkie cechy sportu olimpijskiego. Przecież bardzo podobną dyscypliną sportową w Zimowych Igrzyskach są tańce na lodzie. Brak tańca sportowego w gronie sportów olimpijskich jest sporym nieporozumieniem, ale mam nadzieję, że przyszłość to zmieni.

ZŁ:

Czy „niewymierność” takich dyscyplin jak łyżwiarstwo, taniec, gimnastyka itp. nie stawia ich jako kategorii, w której o zwycięstwie może zadecydować przypadek lub „polityka”? Co Pan o tym sądzi?

JK:

Wiele przykładów o tym świadczy. Rzeczywiście tak jest. Są to dyscypliny w jakimś sensie upośledzone. Dlatego od lat ta sprawa często prowokuje mnie do różnych działań, nie zawsze dobrze widzianych. Już wiele lat temu gdy zaczynałem pracę jako komentator telewizyjny, czy radiowy, w pracy tej pokusiłem się o surową ocenę sędziego. Nazwano to nawet moim „ciosem poniżej pasa”. Poświęcono temu nawet spory artykuł w prasie. Po mojej krytyce pracy sędziego zarzucono mi, że sędzia ten nie może się obronić. Pytam: „dlaczego ten sędzia ma się bronić, przed czym?”. On ma być uczciwy. Co to jest? „Święta krowa”?. Ocenia się pracę trenera. Ocenia się poziom przygotowania, poziom wyszkolenia zawodnika, poziom jego występu. Dlaczego nie można ocenić występu pana sędziego? To jest człowiek, który decyduje o tym, że poziom tej dyscypliny może być bardzo wysoki, albo też żaden. To sędzia może spowodować, że moralność sportowca może być fatalnie zaburzona. W swej pracy trenerskiej miałem kiedyś taką sytuację. Młody bokser. Uczyłem go, tłumaczyłem jak ma walczyć, o czym pamiętać itd. On to zrobił i wygrał. Ale sędziowie uznali, że jest przegrany. Przychodzi do narożnika i zrozpaczony pyta: „Panie trenerze, co jest grane ? Zrobiłem to wszystko co pan mówił, dlaczego przegrałem? Co ja miałem wtedy powiedzieć? Że nieuczciwy był ten pan?

Dlatego szkolenie sędziów jest sprawą priorytetową, to musi doprowadzić do wypracowania zdolności obiektywnej pracy sędziego. Ważna jest tu niezmiernie etyka, kultura osobista. Ludzie oceniający powinni być uczciwi, niezależni, także niezależni finansowo. Człowiek, który jest biedny, to siada do stołu i je jak najwięcej, mało tego, zabiera jeszcze co się da do kieszeni dla rodziny, a jak sztućce będą ładne to i te sztućce zabierze. Gdy natomiast do stołu zasiądzie człowiek syty, elegancki, człowiek, który kawior je na co dzień, to przyjdzie; posmakuje deseru, wypije drinka, poświęci czas na rozmowę i pójdzie do domu....Często bywa niestety tak, że wpuszcza się człowieka, zaproponuje mu się przed meczem dobrą kolację, ładną dziewczynę, to on będzie się czuł zobowiązany. Prawdziwy sędzia nie może poddawać się podobnym pokusom, tę stronę etyczną musi mieć zabezpieczoną. Będzie po prostu uczciwy.

ZŁ:

Czy umiałby Pan określić, który moment w karierze sportowca jest najbardziej odpowiedni do przejścia na zawodowstwo?

JK:

Na pewno międzynarodowy sukces w sporcie amatorskim powinien być tą pierwszą furtką. W naszym kraju, w naszej młodej demokracji musimy też wzorce brać od tych, którzy to już robią. W boksie takim wzorcem w Europie jest na pewno Anglia, potem są to Niemcy. Niemcy zadziwiają mnie doskonałą organizacją w tej dziedzinie. No, ale chyba epokę wyprzedzają w tej mierze Amerykanie. Tam bokserzy, szczególnie po sukcesach olimpijskich przechodzą na zawodowstwo. Większość zawodowych mistrzów bokserskich to medaliści olimpijscy: Lenox Lewis, George Foreman, .. W każdej dyscyplinie sportu powinno tak być. Jestem mistrzem olimpijskim, osiągam pewien najwyższy amatorski poziom, być może niepotrzebny był ten drugi mój występ na Olimpiadzie, może wtedy powinienem spróbować walki o mistrzostwo świata w boksie zawodowym. Może wtedy uniknąłbym pewnych „życiowych zakrętów” gdybym miał perspektywę kontynuowania rywalizacji sportowej już jako zawodowiec. Bo człowiek „nasyca się”, osiąga wszystko co można w sporcie amatorskim osiągnąć. I co?, u szczytu sławy pojawia się „druga strona medalu”. Bywa, że demoralizację sportowca powoduje to, że on jest już najlepszy, nie ma z kim rywalizować. Natomiast w sporcie zawodowym ten próg rywalizacji istnieje ciągle. Motywy rywalizacji są różne, ciągłe i bywają fantastyczne. Przykład Lenox Lewis – niepokonany bokser wszechczasów. Pojawił się jakiś Rachman...jedna walka i oto nowy mistrz świata. I teraz Lenox albo zajmie się tym, aby zmobilizować się do rewanżu i odzyskać tytuł, albo zajmie się czymś innym.

ZŁ:

Chcę zapytać Pana też o moment najbardziej odpowiedni do zakończenia kariery; jak to było z tym Pańskim zegarkiem „Omega”?

JK:

Miałem kiedyś zegarek „Omega”. Bardzo dobry. Spadł raz na podłogę i uszkodził się. Wiele razy był reperowany, ale już nigdy nie chodził tak jak przedtem. Takie upadki w karierze sportowca u szczytu sławy mogą się zdarzyć. Tak jest z głową boksera, rękami pianisty, nogami tancerza. Trzeba wiedzieć, kiedy odejść bez kontuzji (fizycznej i psychicznej).

ZŁ:

Komercjalizacja sportu(nie tylko tego zawodowego) bywa pokusą do niedozwolonego dopingu, do odejścia od reguł „fair play”. Jak tę sferę życia dzisiejszej sportowej Polski ocenia olimpijczyk Jerzy Kulej?

JK:

Jako sportowiec tego rodzaju problemu nie miałem nigdy. W tamtych czasach naszym dopingiem przed meczem była filiżanka mocniejszej kawy bądź „kogiel-mogiel” z lampką czerwonego wina. Ale problem niewątpliwie jest. To idzie z postępem naszej cywilizacji, jest spora łatwość zdobycia narkotyków, różnego rodzaju środków dopingujących. Z tym trzeba walczyć i walczy się. W moich czasach ten problem nie istniał.

ZŁ:

Wiadomo, jak wielką rolę w Pana karierze sportowej odegrał „Papa” Feliks Stamm. Jak Pan ocenia rolę autorytetów trenerskich, szkoleniowych w dzisiejszym sporcie, w którym za odpowiednią kwotę pieniędzy można zmienić barwy klubu, trenera a nawet kraj, na taki w którym nie zagrają Mazurka Dąbrowskiego?

JK:

Najważniejszy jest nauczyciel. Jeżeli w szkole podstawowej nauczyciel nauczy dziecko rysować zgrabne kółeczka, proste linie...to potem profesor z tych podstaw będzie mógł budować rzetelną wąską specjalizację. Ja miałem szczęście w swym życiu spotkać takich nauczycieli i takiego profesora „Papę” Stamma. Dziś w sporcie niestety brakuje nam takich profesorów jakim był Feliks Stamm. Nigdy takim profesorem nie może zostać ktoś, kto nigdy nie uprawiał takiej dyscypliny. W innych krajach warunkiem podstawowym zostania trenerem jest posiadanie „historii udziału w dyscyplinie sportowej”. U nas niestety spotykam trenerów oraz sędziów, o których mogę powiedzieć, że zabiją oni polski amatorski sport. Jak trenerem czy sędzią boksu może być facet, który nie wie jak się czuje cios, który nie wie jak wygląda faul przypadkowy, a jak faul zamierzony. Takich przykładów można by mnożyć wiele. Jeżeli ktoś nauczy się arkanów sztuki danej dyscypliny sportowej z książki, czy z kasety wideo i nie daj Boże zdarzy mu się oceniać mistrza świata.... W historii polskiego boksu była kiedyś taka sytuacja. Henryk Średnicki – mistrz świata przegrał mistrzostwo Polski w Sosnowcu. Zdarzyło się wtedy niestety, że analfabeta oceniał mistrza świata.

ZŁ:

Jedną z Pana najdłuższych walk (10 lat) była walka o zaistnienie boksu zawodowego w Polsce. Musiał Pan wykazać się olbrzymią zręcznością i determinacją jako działacz sportowy i pewnie jako polityk, aby i ta walka zakończyła się sukcesem.

JK:

Do cech tych dołączyłbym upór i wiedzę. W dziele tym zdarzyło się też, że musiałem wystawić na szwank swoją ambicję trenera, olimpijczyka. Pojechałem do Anglii, aby przyjrzeć się boksowi zawodowemu w ich wydaniu. Przyjęto mnie tam troszkę inaczej niż się spodziewałem. Anglia to dziwny, trudny i hermetyczny kraj. Owszem, nagłośniono w prasie mój przyjazd do Anglii. Ale większość czasu spędziłem na ławce w jednym z takich ośrodków przygotowujących bokserów do walk zawodowych. Byłem taką „fordancerką”, czasem za niewielką opłatą poproszono mnie na ring. Ale mnie zależało na tym, aby przyjrzeć się wszystkiemu z bliska. Ja nie mam kompleksów, ja jestem nasycony ambicjami sportowymi. Miałem ten komfort psychiczny, aby wystawić na szwank swoje ambicje sportowe, w celu osiągnięcia tego, co kiedyś zaszczepił we mnie „Papa” Stamm. U nas z trudem patrzyłem na te wszystkie machlojki, układy, szarady, przekręty w boksie amatorskim. Kiedyś spojrzałem na to, co przygotował pewien polski trener kadry (nazwiska nie warto wymieniać). Było tam szczegółowo wymienione, który turniej ominąć, w którym wystawić takiego a nie innego zawodnika, w którym określony zawodnik musi wygrać, a w którym nie. I temu podobne rzeczy w kompleksowym planie przygotowań kadry narodowej. Powiedziałem wtedy: „Panie, teoretycznie to jest pan co najmniej mistrzem Europy, tylko gdzie jest to, czym wygrywa się zawody. Ja w swej sportowej karierze przyzwyczajony byłem do czegoś innego. Myśmy szukali przeciwników. Jeździliśmy wszędzie tam, gdzie byli rywale. Jedynym sprawdzianem naszej pracy mógł być tylko wynik sportowy przez duże „S”. Nasza siła polegała na tym, że my szukaliśmy przeciwników.

ZŁ:

Jest Pan znanym działaczem sportowym, społecznym. Myśli Pan także o karierze politycznej. Kandyduje Pan do Sejmu przyszłej kadencji. Jakie są Pańskie plany w tej sferze życia.? Co zamierza Pan jeszcze zrobić dla polskiego sportu (może też dla tańca sportowego) jako przyszły polityk?

JK:

Przekonany jestem, że moje doświadczenia i to, że przebyłem bardzo długą, ale pełną drogę sportową upoważniają mnie do tego aby taką decyzję podjąć. Chcę swoje doświadczenia i informacje o sporcie przekazać szerszemu ogółowi. Wiem, jaką rolę w życiu młodzieży może odegrać sport, szczególnie w obecnych czasach. Podjąłem kolejne wyzwanie. Mam też nadzieję na to, że jest w Polsce osoba, która naprawdę mnie wysłucha. Jest to Prezydent Aleksander Kwaśniewski. Jego zamiłowanie do sportu jest mi znane. Mam nadzieję, że moja praca w Sejmowej Komisji Sportu i Turystyki spotka się z życzliwością i zrozumieniem „na górze” i „na dole”. Przekonany jestem, że moje doświadczenia sportowe, menadżerskie, mogą przy współudziale ludzi kochających sport przydać się. Ja wiem i inni też wiedzą jak trudne mamy czasy, jak bardzo brakuje pieniędzy na organizowanie masowego sportu, wypoczynku. Wiemy, też jak bardzo inne jest życie młodego człowieka uprawiającego czynnie sport i uczącego się jednocześnie. Wiedzą to dobrze tancerze, którzy spędzają jedną część swego życia na parkiecie, a drugą na nauce czy pracy. Wiedzą ile niebezpieczeństw życia udaje się w ten sposób ominąć. Tym ludziom chcę pomagać.

ZŁ:

Czego życzyłby Pan tancerzom w Polsce w kolejnych latach sportowych?

JK:

Życzę wszystkim rychłego doczekania chwili, gdy Hymn Olimpijski i Mazurek Dąbrowskiego zabrzmi na Igrzyskach Olimpijskich dla polskiej pary tanecznej.

ZŁ:

Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiał: Zbigniew Łowicki (Izaak)
e-mail: szesnastka@szesnastka.com.pl
Warszawa 26 lipca 2001 r.