IZAAKA ROZMOWA O TAŃCU Z ...
HANSEM GALKE
rozmawia Zbigniew Łowicki (Izaak)
(Tłumaczenie - Przemek Łowicki)
Zbigniew Łowicki: Początki Twojej przygody z tańcem – Norymberga – wiele lat temu, potem 7 lat światowej kariery jako tancerz amatorski, oraz 7 lat światowej kariery zawodowej. To prowokuje mnie do zadania Ci trudnych pytań?
Hans Galke: Jasne, będzie mi miło...
ZŁ: Z jakiej części prywatnego życia musiałeś kiedyś zrezygnować, aby
osiągnąć w tańcu aż tyle?
HG: W przeciwieństwie do swoich rówieśników, kolegów z klasy, swój wolny czas starałem się spędzać, nie marnując go. Spędzałem go zawsze bardziej aktywnie niż inni. Na takie spędzanie wolnych chwil wybrałem parkiet. Z czasem podobało mi się to coraz bardziej.. Zostawiałem tez trochę czasu dla siebie. Ale znacznie mniej niż moi rówieśnicy. Moje życie prywatne siłą rzeczy było trochę bardziej „ograniczone”.
ZŁ: Kto podjął decyzję o rozpoczęciu przygody z tańcem. Czy byli to Twoi rodzice?
HG: Nie. Wszystko zaczęło się od tego, że kiedyś z całą rodziną poszliśmy oglądać jakiś duży dziecięcy turniej tańca. Tańczył tam mój starszy brat. Podobało mi się to. Poszedłem wtedy do organizatora turnieju i powiedziałem: „Chcę tańczyć tak samo, chce nauczyć się tak pięknie tańczyć”. Zostałem zaakceptowany. Rodzice przystali na moją decyzję. I tak to się zaczęło.
ZŁ: Czy sukcesy na parkietach świata zrekompensowały poświęcenia o których wspomniałeś wcześniej?
HG: Zdecydowanie tak. Każdy sportowiec poświęcając się jakiejś dyscyplinie od bardzo młodego wieku, czerpie z tego faktu wiele nauk. Uczy się przede wszystkim dyscypliny i ogromnego oddania temu co robi.
Zdyscyplinowanie i poświęcenie pozwala nabyć umiejętności szybszego i efektywniejszego uczenia się. Tak było w moim przypadku. Uczyłem się zdyscyplinowania i poświęceń właśnie poprzez taniec. Kosztowało mnie to wiele wysiłku, wielu wyrzeczeń, ale opłacało się bardzo. To procentuje do dziś.
ZŁ: Miałeś najlepszych nauczycieli: Espen Saalberg, Colin James, Ute Streicher i Eugen Fritz. Czy posiadanie wyśmienitych nauczycieli wystarcza aby osiągać tak wielkie sukcesy?
HG: Każdy tancerz potrzebuje dobrych nauczycieli, aby zrozumieć podstawy techniki i zapoznać się z doświadczeniem swoich szkoleniowców. Zadaniem samego tancerza jest jednak, przede wszystkim, rozwijanie własnej osobowości tanecznej, poszukiwanie własnych rozwiązań, własnego spojrzenia na różne problemy (taneczne ... i nie tylko). To prowadzi do ukształtowania własnego stylu. Szczególnie w naszej dziedzinie bardzo ważne jest sprecyzowanie, czego oczekujemy od tańca, w którym kierunku ja i moja partnerka /partner/ chcemy iść, aby uzyskać swoją, niepowtarzalną jakość. Dlatego uważam, że technika w rozwoju tancerza powinna stanowić maksymalnie 20%. Reszta to osobowość i własny styl. Indywidualna praca, własne widzenie tańca oraz podstawy techniczne muszą się uzupełniać. Jedno wynika z drugiego - jednocześnie uzupełnia się. Choć i tak docelowa jakość tańca nie jest rezultatem tego, czy trener był dobry, czy zły. Dziś mogę powiedzieć, że miałem najlepszych szkoleniowców. Z jednej strony dawali mi wykształcenie techniczne i przekazali najlepsze swoje doświadczenie, z drugiej zaś dużą swobodę wyboru mojej własnej drogi (służąc przez cały czas mądrą radą). Nigdy nie byłem przez nich ograniczany w żaden sposób.
ZŁ: Jakie najważniejsze zasady dotyczące uprawiania tańca towarzyskiego wpoili Tobie Twoi nauczyciele, czy dziś te zasady przekazujesz swoim uczniom?
HG: Z pełną świadomością kontynuuję pracę moich nauczycieli. Zdyscyplinowanie jest pierwszorzędną zasadą w nauce tańca. Następnie znajomość i rozumienie różnorodnych technik tańca oraz różnych odmian tańca. Nie można ograniczać się tylko do jednej formy tanecznej. Należy nieustannie kształcić się wielotorowo i mieć otwarty umysł. Tego nauczyli mnie moi nauczyciele i to chciałbym przekazać swoim uczniom.
ZŁ: Sześć Waszych (znanych całemu światu) programów „show”: „Cabaret”, „Voices&Noices”, „Broadway”, „Viktor-Viktoria”, „It's partytime”, „Westside-Story”. To wymagało pracy wielu ludzi. Jak się tworzy takie programy?
HG: Głównie była to praca Espena Saalberga. To on zawsze trzymał pieczę nad stroną artystyczną pokazów (show). Chociaż „Cabaret” był w całości mój i Bianki Schreiber. To my ułożyliśmy kroki i dobraliśmy muzykę do tego pokazu. Były też choreografie wyłącznie autorstwa samego Espena jak np. „Voices & Noices”. To on znalazł odpowiednią muzykę (zespół OUT OF NOISE) i ułożył do niej choreografię. Był to bardzo nowatorski show, pełen tańca bardzo nowoczesnego. Oboje z Bianką nie bardzo wiedzieliśmy na początku jak sobie z tym poradzić i jaki nadać kierunek tej choreografii. Mimo że Espen miał swój bardzo klarowny pomysł na ten show, to nie ograniczał nas, jeżeli chodzi o interpretację, czy nasze pomysły na uzupełnienia bądź zmiany w choreografii. Tak czy inaczej, efekt końcowy był niezły. Ciężko jest dziś podzielić choreografie na nasze czy Espena. W każdej z nich Espen miał mniejszy bądź większy udział. Od stworzenia całego programu do choćby nadania tylko „politury” naszym krokom i rozwiązaniom choreograficznym. W mojej opinii Espen Saalberg jest jednym z najbardziej kreatywnych nauczycieli tańca, jeśli chodzi o choreografie.
ZŁ: Jak oceniasz rolę „zaplecza” w budowaniu sylwetki mistrza? (Mam na myśli sponsorów, trenerów, rodzinę, kolegów, organizacje taneczne czy sportowe).
HG: Ja uważam, że najważniejsza jest zawsze rodzina. Szczególnie w naszym sporcie, kiedy dziecko często zaczyna tańczyć mając 7, 8 lat. Co mogłoby ono zrobić bez rodziców? W pierwszym etapie kariery tanecznej wsparcie i pomoc rodziny są konieczne. Bez wsparcia najbliższej rodziny nic nie będzie możliwe także w trakcie jak i u schyłku kariery.
ZŁ: Jak oceniasz w takim razie organizacje sportowe, taneczne? Czy w Twojej karierze pomogły Ci, czy może przeszkadzały?
HG: W naszym przypadku było różnie. Na początku organizacje te nie pomagały nam bardziej, niż ktokolwiek inny. W dużej mierze jednak ich działania były skierowane na interes własny. Im stawaliśmy się lepsi, tym zainteresowanie różnych organizacji sportowych, tanecznych było większe. Czasem było wręcz odwrotnie. Wielokrotnie organizacje taneczne bardzo utrudniały nam życie w Niemczech. Głównie z tego powodu, że Bianka i ja nie byliśmy łatwą parą. Przysparzaliśmy wiele kłopotów działaczom i organizacjom tanecznym. Mieliśmy wielu wrogów. Moim zdaniem wszystko polega na umiejętności porozumienia się. Tak jest w każdej dyscyplinie sportu. Każda ze stron jest swego rodzaju ugrupowaniem politycznym z własnymi poglądami i przekonaniami. Jeśli poglądy te są jasno określone, prędzej czy później druga strona będzie musiała je uszanować. Organizacje są po to, by pomagać parom. Jednak, jeśli nie jest tak do końca, to każda z par powinna mieć swoją, jasno wytyczoną drogę i konsekwentnie się jej trzymać. Ostatnio zauważyłem wśród par tendencję do zbytniego angażowania się w tak zwane „politykowanie”. Moim zdaniem wynika to ze świadomości swoich słabości. Dlatego podejmują próby zrekompensowania tego na turnieju za pomocą „polityki”. Uważam, że próby wejścia par w życie polityczne są zupełnie bezsensowne. Nie jest to według mnie możliwe. Nie zostaną one dopuszczone do życia politycznego, w takim wymiarze jak by tego chciały. Skupienie się na jakości własnego tańca zaprocentuje na pewno o wiele bardziej.
ZŁ: Już od 1987 roku Twoja postać była znana w świecie (nie tylko w stylu latin), byłeś kilkakrotnym Mistrzem Niemiec i Świata w kombinacji 10-tańców. Dlaczego porzuciłeś styl standard?
HG: Z poprzednią partnerką, tańczyłem głównie standard. Wolałem ten styl.
ZŁ: ???
HG: Możesz wierzyć lub nie. Kiedy zacząłem tańczyć z Bianką powstał problem, bo ona przedtem nie miała styczności ze standardem. Nie chciała tańczyć tego stylu. Nie byłem w stanie jej przekonać. Musieliśmy zawrzeć układ. Postanowiliśmy, że po zdobyciu Mistrzostwa Świata w 10 tańcach pozostaniemy tylko przy tańcach latynoamerykańskich. Tak więc w 1988 roku zakończyliśmy karierę standardową. Dziś nadal z ogromnym sentymentem oglądam ten styl na turniejach.
ZŁ: W „łacinie” byłeś.(w zawodowcach): pięć razy Mistrzem Niemiec (od 1992 do 1996 roku), a także sześć razy (od 1991 do 1996 roku) mistrzem w Show oraz 1993-Vicemistrzem Europy, 1994-czwarte miejsce, oraz mistrzostwo Europy w 1995 i 1996 roku i mistrzostwo Świata w 1997 r. Zwycięstwa na British-Open, Super-Japan-Cup, German-Open itd. itdOd takiej liczby sukcesów może przewrócić się w głowie?
HG: Może. Wiele osób uważa, że tak stało się w naszym przypadku. Nie wiedzą jak bardzo się mylą. Moja partnerka mi na to po prostu nie pozwalała. A ja z kolei pilnie strzegłem Bianki przed „uderzeniami wody sodowej”. Nawzajem, skutecznie „sprowadzaliśmy się na ziemię”
ZŁ: Teraz jesteś doskonałym nauczycielem? Na konsultacje zaprasza Cię cały świat. Czy jest to spłata długu wobec ludzi, którzy nauczyli Cię tak tańczyć? Czy jest to sposób na życie, czy jest to może po prostu biznes?

HG: Na pewno jest to w dużym stopniu biznes. Sami przecież wiecie, że nie należę do tanich nauczycieli J. Nie uważam tego jednak za coś złego. Przecież przez 20 lat inwestowałem w swoją edukację. Cieszę się, że mogę w ten sposób teraz sam zarabiać pieniądze. Chcę jednak, aby moja działalność nie była postrzegana tylko jako interes....Popatrz na takie zawody jak: lekarze, prawnicy, etc. Oni także wiele zainwestowali w swoje kształcenie. Będąc mistrzami w swej dziedzinie mają prawo do pobierania godziwych opłat za swoje usługi. Ja sam spędzam ok. 250 dni w roku poza domem. To chyba o czymś świadczy. A tak serio, gdybym swoją pracę trenerską traktował tylko jako czysty biznes, pewnie już dawno wyzionąłbym ducha. J
ZŁ: Czy od początku wiedziałeś, że taniec będzie Twoją życiową drogą, że w ten sposób będziesz zarabiał na życie?
HG: Nie od samego początku. Kiedy byłem dzieckiem, rodzice zadbali żebym najpierw ukończył gimnazjum, zdobył wykształcenie. W poszukiwaniach swej drogi życiowej zdarzyło mi się też, że wstąpiłem do wojska na 3 lata. Potem przez 2 lata pracowałem w towarzystwie ubezpieczeniowym, Zdałem tam trudny egzamin uprawniający mnie do takiej pracy. Dopiero w wieku 24, 25 lat podjąłem decyzję o tym, aby potraktować taniec towarzyski jako moją drogę w przyszłość.
ZŁ: Jak taką decyzję potraktowała Twoja rodzina?
HG: Moi rodzice zawsze szanowali i popierali moje decyzje związane z
uprawianiem tańca towarzyskiego. Bardzo mi pomagali w tej sferze. Postawili
tylko jeden warunek: obok tańca musiałem zapewnić sobie jakieś inne ( nie
taneczne) wykształcenie. W życiu bywa różnie. Gdybym nie mógł uprawiać tańca
(choćby jakaś kontuzja), wiedziałem, że muszę być przygotowany na to, aby
zapewnić sobie utrzymanie. Sięgając pamięcią wstecz dochodzę do wniosku,
że miałem kochających, lecz bardzo wymagających rodziców. Jestem im za to
wszystko bardzo wdzięczny. Dziś doskonale rozumiem ich postępowanie.
ZŁ: W ostatnich latach często bywasz także w Polsce. Jak ocenisz poziom „polskiego tańca” na przestrzeni ostatnich kilku, kilkunastu lat?
HG: Uważam, że Polska rozwija się zadziwiająco szybko. Idzie w dobrym kierunku. Z roku na rok polskie pary osiągają coraz lepsze wyniki na świecie. Dochodzą do półfinałów i finałów światowych turniejów, gdzie jeszcze kiedyś nie mogły nawet marzyć o takich wynikach. Szczególnie jest to zauważalne w młodszych kategoriach, gdzie najlepsze pary pochodzą z tej części Europy. Mam tylko nadzieję, że nie zarazicie się „wirusem lenistwa”, który opanował inne kraje w Europie zachodniej ( np. Niemcy). Kiedyś niemieckie pary zajmowały czołowe miejsca na światowych turniejach. Teraz mamy praktycznie jedną, może dwie reprezentujące nas pary na godziwym poziomie. Pewnie w dużej mierze jest to spowodowane tym, że młodzi ludzie w Niemczech znajdują sobie inne (bardzo różne) formy spędzania wolnego czasu.
ZŁ: Spotykamy Cię czasem na parkietach jako sędziego. Jak czujesz się w tej roli? Jakim jesteś sędzią?
HG: To jest okropna rola. Bywa czasem tak, że mam przed sobą na parkiecie kilka dobrze znanych mi, kształconych przeze mnie par. Ja jednak dla tych właśnie par jestem najsurowszy. Generalnie uważam, że większość sędziów stara się sprawiedliwie oceniać tańczące pary. Jednak taniec, w szczególności amatorski, nabrał ostatnimi czasy takiej jakości, że różnice między parami stają się coraz mniejsze, coraz trudniej dostrzegalne. Może się więc zdarzyć, że na jednym turnieju wygrywa para, która na innym turnieju jest na niższej pozycji. Albo – odwrotnie. Praca sędziego jest bardzo trudna i bardzo odpowiedzialna.
ZŁ: Jakie są podstawowe kryteria , którymi kierujesz się oceniając pary w poszczególnych kategoriach wiekowych?
HG: Wbrew pozorom najtrudniej jest mi oceniać młodsze kategorie. W starszych kategoriach, kiedy już zauważalne są umiejętności poszczególnych par i ich własny styl, mogę łatwiej porównać te pary. Dzieci często po prostu odtwarzają to, czego nauczył ich trener. Trudno wtedy jest ocenić ich prawdziwe umiejętności taneczne. Sędziowie do różnych elementów przywiązują różną wagę. W kategoriach dziecięcych i młodzieżowych szczególnie mocno oceniam rytmiczność pary i koordynacje ruchową tancerzy. Nie chciałbym stawiać wyraźnych granic w ocenie poszczególnych kategorii, gdyż niezależnie od wieku moich par staram się je uczyć według tych samych zasad. Reszta przychodzi sama z wiekiem. Wielu szkoleniowców stara się oddzielać kategorie. Ja ucząc swoje pary tylko delikatnie zmieniam sposób przekazywania informacji. Treść pozostaje taka sama. Zaskakujące jest to, że dzieci wielokrotnie lepiej niż dorośli rozumieją to, co chcę im przekazać. Bardzo często ucząc młodych tancerzy sam praktycznie pokazuję pewne elementy tańca. Nie wystarczy tylko powiedzieć, to często za mało. Generalnie uważam, że szkoleniowcy zbyt mało pokazują, a za dużo mówią. Bądź co bądź nasza dyscyplina jest nieodzownie związana z ruchem J. W ten sposób pracowano ze mną. Niestety bywa też, że wielu nauczycieli tańca już nie może pokazać tego co jest niezbędne do pokazania. Bywa też, że mówią o rzeczach, których nigdy nie potrafili zatańczyć.
ZŁ: Czy zauważyłeś różnice wśród swoich uczniów w podejściu do tańca ze względu na kraj, z jakiego pochodzą?
HG: Każdy kraj ma swoją mentalność i cechy charakterystyczne. Widać duże różnice w podejściu np. Polaków i Anglików, czy Niemców i Włochów. Polacy i Niemcy do tańca podchodzą podobnie. Jesteśmy bardziej skoncentrowani na pracy, przestrzeganiu pewnych reguł, zasad. Włosi natomiast żyją i trenują bardziej według maksymy: “Dolce vita!”. To bardzo widać na parkiecie. Włosi ciężko pracują na parkiecie, zachowując jednak radość z tańca. Badzo mi się podoba u Polaków pewna cecha, którą szczególnie mocno obserwuję na turniejach zagranicznych (np. w Blackpool). Trzymają się razem i podtrzymują na duchu swoje pary, zywiołowo je dopingują. Włoski i polski sektor to zwykle dwie przekrzykujące się grupy J. To mi się u was bardzo podoba. Brakuje tego niestety Niemcom. Szkoda.
ZŁ: Czy taniec towarzyski, jest Twoim zdaniem dyscypliną sportu, czy rodzajem sztuki. Oceń to.
HG: Zdecydowanie bardziej wolę nazywać taniec towarzyski sztuką, choć wiemy doskonale ile wysiłku fizycznego trzeba włożyć w przygotowanie występu pary tanecznej. Na pewno słuszne jest dążenie do zakwalifikowania tańca w poczet dyscyplin olimpijskich. Jest to potrzebne, aby taniec stał się bardziej popularny. Ale obawiam się, że nawet na Olimpiadzie, będzie to tylko kolejny turniej tańca. Wizja tańca towarzyskiego na Igrzyskach Olimpijskich jest kusząca. Popieram ją. Sam chciałbym stać się jej częścią. Z drugiej jednak strony nie chciałbym, żeby taniec towarzyski zaczął być kojarzony z czymś fizycznym, atletycznym,...
ZŁ: Czy na Olimpiadzie powinien być stosowany „stary” stosowany obecnie na wszystkich turniejach system oceniania par?
HG: Uważam, że ten system jak dotąd sprawdzał się nienajgorzej i jest stosunkowo sprawiedliwy, więc dlaczego nie?
ZŁ: Jesteś mistrzem dla wielu tancerzy na świecie. Obserwujesz ludzi, tancerzy. Co najbardziej denerwuje Cię u młodych ludzi wchodzących w świat tańca?

HG: Lubię patrzeć, jak młodzi tancerze wchodzą w ten świat z otwartym umysłem, a nie z wyrobionym już zdaniem na każdy temat. Po części jest to wina szkoleniowców, którzy utrzymują model nakazywania, a nie nauczania. To przenosi się na turnieje. Wtedy widzę taniec fizyczny, siłowy, którego nie cierpię. Denerwuje mnie taki sposób tańca. Wolę widzieć finezyjny ruch na parkiecie. Jestem w stanie zrozumieć, że młode pary nie zawsze są w stanie tańczyć w ten sposób, co nie zmienia faktu, że to mi się nie podoba.
ZŁ: Kiedyś w czasie naszej rozmowy w Freiburgu mówiłeś o „mieszance” inteligencji i szacunku. Czy mógłbyś to dziś powtórzyć naszym czytelnikom ?
HG: Tak. Ja zawsze miałem ogromny szacunek do ludzi mądrzejszych od siebie. Starałem się czerpać od nich maksymalnie dużo. Tego nauczył mnie mój ojciec. Cały czas słucham innych i uczę się od nich. Do tej pory wielokrotnie zdarza mi się, że to ja uczę się na lekcjach od własnych par, jeśli tylko potrafią uzasadnić mi słuszność swoich teorii. Lubię pracować z parami, które „wykazują” mieszankę własnej inteligencji, szacunku do mnie oraz szacunku do tego, co robią.
ZŁ: Czego na zakończenie naszej rozmowy chcesz życzyć polskim tancerzom i ich trenerom?
HG: Polskim trenerom życzę przede wszystkim, aby nie przestawali się szkolić. Przecież tego wymagają od swoich par. Parom natomiast życzę, aby nie dały się zarazić „wirusem lenistwa” z zachodniej Europy. Stajecie się coraz bogatszym krajem, tym samym stajecie się bardziej podatni na rozrywki i relaks. Nie zapominajcie o ciężkiej pracy.
ZŁ: Czego mogę Tobie życzyć?
HG: Żebym nadal był tak sympatycznie i przyjaźnie traktowany przez polskie pary, jak jestem do tej pory.
Warszawa 2001-08-09